Uwaga! - Weź mnie odcinek 2 [powieść erotyczna]

ROZDZIAŁ 1
 Uwaga!

babskie sprawy, zdrada, powieść erotyczna weź mnie, amanida torres, odcinek 2


Wiedziałam, że takie rzeczy się zdarzają, ale gdy weszłam do własnego mieszkania, do własnej sypialni i zobaczyłam jak mój własny mąż posuwa moją własną podwładną (która była głupia jak but i do niczego się nie nadawała), to miałam ochotę tylko zacząć się śmiać. W najgorszych wizjach zazdrości nie przewidziałabym czegoś takiego. Specjalnie dla tej lafiryndy (powiedziała mi tego, że koniecznie musi iść do lekarza) wyjął nasz jedwabny komplet pościeli, który zakładałam tylko, gdy planowaliśmy spędzić razem rocznicę ślubu w domowym zaciszu. Zapalił wszystkie te świeczki, które skrzętnie zbierałam, wyobrażając sobie te wszystkie specjalne okazje, w których mogłyby się przydać. A najgorsze, że robił jej dobrze dokładnie tak, jak ja zawsze marzyłam, a on nigdy się tego nie domyślił. Nigdy. Ani razu.
Myślałam o tych wszystkich przedmiotach, które zbezcześcił z tą babą o wiele intensywniej niż o tym, co miałam przed oczami. Mój mąż posuwał głupią botoksoholiczkę (wreszcie mnie olśniło, dlaczego tak często studził moje oburzenie na jej głupotę i radził dać jej jeszcze jedną szansę!), czyli... trzeba to było wreszcie przed samą sobą przyznać, choć nie przychodziło to łatwo - zdradzał mnie. Po prostu, jak jakąś zwykłą kurę domową, jak nierozumiejącą niczego żonę, zainteresowaną tylko pensją męża, jak nudną i zimną zblazowaną życiem wielbicielkę romansów. Zdradził mnie! Takie rzeczy przecież nie zdarzają się takim kobietom jak ja. Tak myślałam do tej pory. Ale jednak. Zdr adził mnie. Nie umiałam tego przyznać. Te słowa jednak przyszły do mnie dopiero później, po kilku piwach wypitych z dawnymi przyjaciółkami. A gdy już to przyznawałam wpadłam na to, że przecież pewnie nie zdarzyło się to tylko raz. Pewnie kilka razy. Przynajmniej. Bardziej kilkanaście lub kilkadziesiąt. Za każdym razem z nią czy może były jeszcze jakieś inne? W myślach przeglądałam katalog jego koleżanek z pracy, żeńskich imion wspomnianych mimochodem, w trakcie opowieści o firmowych imprezach czy śmiesznych sytuacjach w pracy. Nie mogłam powstrzymać natarczywych myśli: jak długo, kiedy, co ona sobie myślała, gdy widziała mnie w pracy, kto jeszcze o tym wiedział, jak często paplała o tym, jak posuwa mojego męża na papierosie przed firmą, czy grzebała w moich rzeczach, czy nosiła moją bieliznę, używała moich kremów, zabierała parę rajstop, bo jej się porwały, a ja potem szukałam ich przez pół soboty w praniu i szafach. Ile było takich sytuacji, kiedy swoimi wprawnymi puszczalskimi paluszkami wymacywała bezpieczeństwo i prywatność z mojego życia?
Gdy do nich („do nich” Phi!do mojej sypialni, w której zaplanowałam najmniejszy nawet detal) wparowałam, kazał mi wyjść. Po prostu wyjść, bez żadnego „to nie tak jak myślisz” ani „kochanie przepraszam”. Nigdy nie był zbyt wylewny, to fakt, ale jednak powinien rozumieć, jak ja się czuje, powinien wiedzieć, domyślać się, że spodziewałam się tego. I to jeszcze z nią! Nawet nie musiałam zastanawiać się, co ona takiego ma, czego nie mam ja, bo wszystko ma na zewnątrz. Wszystkie jej atuty są zawsze dobrze wyeksponowane, w najdrobniejszym szczególe, a w środku nic. Pusta wydmuszka, można ją powiesić na choince, bo ciężaru egzystencjalnego nie ma w sobie wcale.
Czekałam. Stałam tam pod drzwiami sypialni, słuchałam i czekałam. Tak naprawdę czekałam, aż on wybiegnie do mnie w prześcieradle i zacznie przepraszać. A zaraz za nim, fanka związków na bazie krzemu, zacznie płakać i drzeć się, że co to znaczy, że przecież mnie kochasz, że to, tamto, owamto. Nic takiego się nie stało. Stałam tam jak idiotka, czekając na wyjaśnienia, a oni najwidoczniej stwierdzili, że dokończą, co zaczęli. Może pomyśleli, że wyszłam i że w związku z tym i tak nie muszą się spieszyć. To było najbardziej upokarzające pół godziny w moim życiu. Nie byłam w stanie wrócić ani do swojego domu, ani do swojej pracy. Wydawało mi się, że umrę ze wstydu, że padnę trupem jak tylko pierwszy niewinny wzrok jakiegoś innego człowieka padnie na mnie i wydobędzie mnie z ukrycia. To ta zdradzona. Karierowiczka, która nawet nie zauważyła, że ktoś jej podprowadza męża od tygodnia, miesiąca, roku, dwóch, a może nawet trzech lat. Może nigdy nie był mi wierny. Jest ze mną dla pieniędzy, albo dlatego, że mu matka kazała, bo to dobra sztuka. Może ja go nie znam wcale. Może ten Krystian, z którym brałam ślub i chciałam mieć dzieci, to tylko jakiś szef kontrwywiadu szatana, który zstąpił na ziemię, by mnie kusić i zaprowadzić do piekieł dla zdradzonych żon.
Przełamałam się. Najpierw do pracy. Wiedziałam, że Anna – bo tak miała na imię pani „ach ssij i liż na zmianę” – nie miała na tyle godności, żeby zachować swoje życie prywatne dla siebie. Nie zwolniłam jej od razu. Na pewno zaczęłaby wywlekać prywatne sprawy, żeby zostać. Po takim robactwie wszystkiego można się spodziewać. O tak! Jak ze stonką czy plagą prusaków, trzeba było walczyć rozważnie. Po prostu przestałam chronić jej tyłek. Nic prostszego. Trwało to kilka miesięcy, ale udało się. Oczywiście jako kompletnie nie ambitna jednostka, Anna nie robiła sobie nic ze swoich wpadek w pracy. W końcu jednak wszyscy zapomnieli o plotkach, które opowiadała. Bardziej zaczęła im ciążyć dodatkowa robota, którą sprawiała im łatwa i chętna panna Anna.
Wróciłam do domu. Mąż okazał wcale nie nadmierną skruchę. Sama nie wiem, czego oczekiwałam. Nie chciałam z nim rozmawiać. Właściwie dobrze się składało, bo on w ogóle nie miał zamiaru mówić. Nie znaczyło to jednak, że jak pies pójdę mieszkać, gdzie indziej, poddam się bezwładnie jego sile, albo to wszystko będę wypłakiwać, śpiąc na kanapie. Pewnie tak sobie myślał w duchu, agent kontrwywiadu ds. rozbitych małżeństw. Nawet nic nie pisnął o tym, czy zamierza kontynuować relację ze swoją panią o uśmiechu gumowej lalki, czy też czuje skruchę i chce poświęcić się życiu rodzinnemu. Poczułam złość na jego kompletny brak reakcji, na tą jego obojętność, na brak chęci naprawy, ale też zdecydowania w zniszczeniu. Zacząłeś to dokończ! Chciałam mu to wykrzyczeć w twarz policzkując go. Policzkując pięściami, najlepiej żeby rozwalić mu tę jego kamienną twarz, zastygłą na wieku w wyrazie „nie histeryzuj”. No dobrze, było coś jeszcze. Do tej pory ciągle stawiałam się w roli ofiary. W każdej kłótni to ja musiałam przyznawać się do błędu, to jego interes był zawsze najważniejszy, to on miał zawsze rację. A przede wszystkim, w łóżku to jego przyjemność była celem naszych zbliżeń. Dlatego pewnie uznał, że ma prawo szukać, gdzie indziej. Właściwie to całkiem rozsądny wniosek, jeżeli ominie się te wszystkie sentymenty związane z miłością, ślubem i przysięgami wierności. W związku z tym, ja też dałam sobie do tego prawo.

Egoizmu i rozsądku mi brakowało. Tak. Przyszedł czas, żeby to zmienić.

***

Kolejny odcinek tutaj
Szukasz początku? Jest tutaj.

Share this:

, , , , , , , ,

Twoja opinia jest dla mnie ważna. Zostaw komentarz! :)

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.